• 1.jpg
  • 2.jpg
  • 3.jpg

Miejscowości

Wiadomości

Aktualności

Fotorelacje

Videorelacje

Najbliższe wydarzenia

Ciekawi ludzie w Bieszczadach

Ciekawi ludzie w Bieszczadach (11)

Czasami przychodzi taki moment, kiedy czujemy, że w swoim życiu powinniśmy coś zmienić. Jednak nie każdy ma odwagę to zrobić. Julia Kubica odważyła się… i zamieniła tętniącą życiem Warszawę na zaciszne Bieszczady. Zapiekli zwolennicy życia w mieście powiedzą, że oszalała. Jednak ci, którzy kochają przyrodę i góry, w pełni zrozumieją tę odważną decyzję. Czy ona sama żałuje? Nie sądzę… Moim kolejnym rozmówcą z serii Ciekawi ludzie jest warszawianka, która została dyrektorem Gminnego Centrum Kultury i Ekologii w Cisnej. Na nudę nie narzeka. Od kiedy kieruje jedynym ośrodkiem kultury w niewielkiej bieszczadzkiej miejscowości, życie w Cisnej nabrało rumieńców. Organizuje wystawy, wernisaże, spotkania, różnego rodzaju imprezy, warsztaty, zajęcia i wiele innych ciekawych wydarzeń. I trudno stwierdzić, kto tutaj miał szczęście… Czy Julia Kubica, odnajdując spokój w Bieszczadach, w których nie sposób się nie zakochać, czy może sama Cisna i jej mieszkańcy, którzy mają możliwość rozwijania swoich zainteresowań kulturalnych dzięki wspaniałym pomysłom i energii szefowej dyrektorki Centrum… Zapraszamy do lektury.

na poloninie wetlinskiej

wbieszczadach.net: Jak to się stało, że warszawianka zamieszkała w Bieszczadach?

Julia Kubica: Przeprowadzka w Bieszczady była bardzo zaskakująca i bardzo spontaniczna, ale szczerze mówiąc, szukałam z moim partnerem takiego miejsca dla siebie. On chciał zmienić swój tryb pracy na mniej intensywny, a ja znowu chciałam znaleźć coś bardziej stabilnego. W zasadzie to przypadek, że dowiedziałam się o konkursie na stanowisko dyrektora Gminnego Centrum Kultury i Ekologii w Cisnej. To dzięki znajomemu, który znalazł to ogłoszenie i wrzucił je na Facebooka. Kiedy zobaczyłam, że oferta dotyczy Cisnej, w której nigdy nie byłam i Bieszczad, które uważałam kiedyś za krainę dla mnie niedostępną, to pomyślałam: czemu nie?. Stanęłam więc do konkursu. To był maj 2013 roku. Przyjechałam ze swoim partnerem na rozmowę kwalifikacyjną do Cisnej i zakochaliśmy się w tym miejscu. Tuż po powrocie do Warszawy dostałam maila, że zostałam wybrana na dyrektora. Wszystko nagle się zmieniło. W miesiąc musieliśmy przeorganizować nasze dotychczasowe życie.

wbieszczadach.net: Czy kiedykolwiek, już po przeprowadzce w Bieszczady, zdarzyło się, że żałowała pani porzucenia stolicy dla bieszczadzkiej wsi?

J.K.: Choć czasami mogłabym powiedzieć, że tęsknię za miastem i jego energią, to chyba nie zdecydowałabym się na powrót do Warszawy. Cisna wygrywa w tym zestawieniu.

wbieszczadach.net: Czy istnieje osoba, która miała wpływ na pani postrzeganie Bieszczad, życia tutaj i ludzi, którzy tu mieszkają? Osoba, która w jakiś sposób ułatwiła i umożliwiła wtopienie się w bieszczadzkie środowisko?

J.K.: Rzeczywiście poznałam tu kogoś o niespożytej energii. To malarka z Cisnej, Agnieszka Słowik-Kwiatkowska. Od razu zaprosiłam ją do współpracy. Razem stworzyłyśmy w siedzibie Centrum Galerię Przy Pętli i od półtorej roku organizujemy co miesiąc kolejne wystawy prezentujące bieszczadzkich twórców i osoby związane z Bieszczadami. Nota bene Agnieszka jakiś czas temu „uciekła” z Warszawy (śmiech).

W ogóle większość osób jest tu bardzo otwarta i życzliwa. Chętnie przychodzą do Centrum i dzięki temu tworzy się fajne grono ludzi o wspólnych zainteresowaniach. To grono jest coraz większe, bo rozszerzył się repertuar zajęć organizowanych w Centrum. Udało nam się stworzyć ognisko muzyczne. Dzieci uczą się gry na skrzypcach, saksofonie, fortepianie i gitarze. Mamy też lekcje baletu. Co miesiąc odbywają się wernisaże, koncerty, spotkania z podróżnikami i innymi ciekawymi osobami. Staramy się być otwarci na nowe rzeczy. Jeśli tylko ktoś z mieszkańców ma pomysł, to zawsze serdecznie zapraszamy. Jeśli chce coś opowiedzieć, pokazać np. swój film, przeczytać swoje wiersze, pamiętniki, zagrać na jakimś instrumencie, to zawsze znajdzie się tu miejsce dla niego.

galeriaprzypętli 

wbieszczadach.net: Czyli ludzie z Bieszczad są bardziej dostępni i nie boją się prezentować innym swoich dokonań?

J.K.: Mam wrażenie, że tak, bo ludzie tu potrzebują się po prostu spotykać. Nie wstydzą się prezentować innym swoich pasji. W większych miastach, prawdopodobnie dzięki bogatej ofercie kulturalnej, ludzie pozostają przeważnie jej biernymi odbiorcami. Nie mają też czasu na rozwijanie umiejętności. A w Bieszczadach, żeby coś się działo, trzeba samemu wychodzić z inicjatywą. To bardzo cenne.

wbieszczadach.net: Jak pracuje się pani w Cisnej?

J.K.: Zależy mi na tym, żeby to miejsce się rozwijało i ludzie chcieli tu przychodzić, sami też je współtworzyli. I jest potencjał. Mam jeszcze wiele planów związanych z tym miejscem. W przyszłości chciałabym między innymi stworzyć przy Centrum kino, które miałoby stały repertuar, no ale powolutku. Aby to i inne marzenia urzeczywistnić, potrzebne są jednak dodatkowe fundusze. Więc ich szukam.

wbieszczadach.net: Gminne Centrum Kultury i Ekologii w Cisnej kwitnie – warsztaty, wernisaże, koncerty. Jakie w tym roku są pani plany dotyczące GCKiE?

J.K.: Na pewno w tym roku będziemy kontynuować comiesięczny cykl wystaw w Galerii Przy Pętli. Po raz kolejny będą też gościć u nas trzy festiwale filmowe: w maju O!PLA czyli Festiwal Polskich Filmów Animowanych dla dorosłych, a na jesieni Watch Docs oraz Festiwal Filmów Młodego Widza Wędrujące Ale Kino z najlepszymi światowymi fabułami dla dzieci i młodzieży. Nawiązaliśmy także współpracę z Muzeum Tatrzańskim w Zakopanem i już rozpoczęliśmy wymianę kulturalną. W lutym przyjechał do nas Wojciech Szatkowski, autor m.in. przewodników skiturowych po Tatrach. Pomyśleliśmy, że trzeba by taki przewodnik wydać o Bieszczadach, bo czegoś takiego tutaj nie ma. Również podczas tegorocznych „Dni Gminy Cisna” nie zabraknie podhalańskiego akcentu. Do Zakopanego wybieramy się jeszcze w tym miesiącu z naszą wystawą, która odbędzie się w Muzeum Władysława Hasiora. Zaproszenie do zorganizowania tam wystawy to dla nas bardzo duży sukces.

W listopadzie natomiast odbędzie się trzecia edycja zapoczątkowanego przeze mnie w Cisnej Festiwalu Crazy Girls, i co cieszy mnie bardzo – zjeżdżają na niego „całe” Bieszczady i część Podkarpacia. Festiwal poświęcony jest kobietom - muzom, opiekunkom, menedżerkom sławnych artystów, które przyczyniły się do ich sukcesów, a jednak pozostały w cieniu. Naszym celem jest o nich opowiedzieć. Dwa lata temu naszą bohaterką była Zośka Komedowa, w ubiegłym – Julia, matka Andy`ego Warhola. W tym roku będzie to Zofia Beksińska. Oczywiście nie zabraknie u nas także w tym roku występów dzieci, które zaczęły się uczyć w Centrum tańca oraz gry na różnych instrumentach.

festiwalcrazygirls2014 zandrzejem karczmarzewskim

wbieszczadach.net: W styczniu miały miejsce koncerty, podczas których licytowano fanty na WOŚP. Jak pani podsumuje tę akcję? Jaką sumę pieniędzy udało się pozyskać?

J.K.: Jeśli dobrze pamiętam, to udało nam się zebrać prawie trzy tysiące złotych. I z tego co zauważyłam, to ludzie są tutaj bardzo hojni. Czyli wielkiego serca. Nie jest to pierwsze moje takie doświadczenie. W zeszłym roku zbieraliśmy fundusze na rehabilitację dziewczynki, Malwinki. Również ze sporym powodzeniem...

wbieszczadach.net: W styczniu odbył się także kolejny Wieczór Leśnych Ludzi. Czego dotyczy to wydarzenie? Skąd pomysł na jego organizację?

J.K.: Próbuję badać tutaj różne środowiska, a środowisko leśników z wiadomych względów absolutnie tu przeważa. Myślę, że warto pokazywać ich działania artystyczne. Jak tylko tutaj przyjechałam, okazało się, że jeden pan leśnik śpiewa, drugi gra na gitarze, trzeci pisze poezję, czwarty robi świetne zdjęcia, piąty tamto, szósty jeszcze co innego. Pomyślałam, że warto pokazać te wszystkie działania na jednej wspólnej imprezie, gdzie leśnicy, nie tylko w swoim gronie, mogli się pochwalić przed innymi tym, co potrafią.

wbieszczadach.net: Jest pani osobą, która w swoim życiu zajmowała się wieloma rzeczami, w tym również grą na skrzypcach. Czy nadal pani gra?

J. K.: Niestety teraz rzadko. Brakuje mi czasu, chociaż udało mi się kilkakrotnie zagrać w Bieszczadach, między innymi z Markiem Kobusem „Pegazem”, Angelą Gaber i Ernestem Drelichem. Myślę jednak, a raczej czuję, że czas do grania wrócić.

wbieszczadach.net: Razem ze swoim partnerem Markiem prowadzi pani bloga KlatkiDźwięki. Czy może pani opowiedzieć coś więcej na ten temat?

J.K.: Pomysł na bloga narodził się spontanicznie po przyjeździe tutaj. Zaczęliśmy kręcić wywiady, które przekształciły się w filmy dokumentalne o osobach związanych z Bieszczadami. Te filmy na początku ilustrowały różne wydarzenia w Centrum. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że powinniśmy gdzieś te materiały upublicznić i doszliśmy do wniosku, że stworzymy bloga, gdzie wszyscy będą mogli je obejrzeć. Ostatni filmik, który wrzuciliśmy na KlatkiDźwięki (klatkidzwieki.wordpress.com) to impresja o Julii Warholi z ostatniego Festiwalu Crazy Girls. Można tam też posłuchać mnie na skrzypcach i dowiedzieć się, czym zajmuje się Marek. Na naszym blogu poleca też książki, które redagował, m.in. najnowsze opowiadania „Pociąg do Bieszczad. Stacja Siekierezada” Rafała Dominika, szefa Siekierezady.

wbieszczadach.net: Czy ma pani jeszcze jakieś własne marzenia, które warto by spełnić?

J.K.: Na pewno chciałabym się stale uczyć nowych rzeczy, rozwijać się, zapisałam się na przykład na lekcje malarstwa. I może też kiedyś… uda nam się tu zamieszkać w jakimś małym miłym domku z kominkiem? (śmiech).

wbieszczadach.net: Co panią urzekło w Bieszczadach?

J.K.: Spokój i przyroda.

wbieszczadach.net: Pani ulubione miejsce w Bieszczadach to…

J.K.: Muszę powiedzieć, że widok z Caryńskiej jest dla mnie jednym z piękniejszych, jakie widziałam do tej pory.

wbieszczadach.net: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę kolejnych świetnych i trafionych pomysłów związanych z Centrum.

Wywiad przeprowadziła Anna Twardy

O Bieszczadach mówi się, że to magiczny zakątek Polski. Wspaniale jest, wędrując połoninami, czuć muśnięcia wiatru na twarzy lub nabrać w płuca świeżego powietrza z bieszczadzkich lasów. Spacerując po lesie, zapewne każdy pragnął przynajmniej z daleka poobserwować dzikie zwierzęta, dla których Bieszczady są domem. Jednak możliwość zobaczenia jelenia lub niedźwiedzia na własne oczy (oczywiście z bezpiecznej odległości) podobno wcale nie nadarza się tak często. Można powiedzieć: na szczęście, bo spotkanie w cztery oczy z gospodarzami bieszczadzkich lasów z pewnością nie należałoby do najprzyjemniejszych i najbezpieczniejszych dla nas. Jest jednak takie miejsce w Bieszczadach, gdzie można bez obaw zajrzeć w ślepia wilka lub sarny. To „Knieja” – Muzeum Przyrodniczo-Łowieckie w Nowosiółkach. Miejsce, gdzie można zapoznać się z bogatą bieszczadzką fauną i wysłuchać fascynujących opowieści myśliwskich. „Knieja” jest dziełem życia małżeństwa Henryki i Jerzego Wałachowskich – pary myśliwych, których trofea można podziwiać w muzeum już od kilkunastu lat i tym samym wzbogacać swoją wiedzę o Bieszczadach bez narażania się na niebezpieczeństwo.

kominek wystawa

wbieszczadach.net: Muzeum istnieje już od ponad 10 lat. Czy pamiętają państwo od czego się zaczęło? Skąd wziął się pomysł utworzenia Muzeum Przyrodniczo-Łowieckiego „Knieja”?

Henryka Wałachowska: Muzeum utworzono trzeciego lipca 1993 roku w Jabłonkach. To tam powstała pierwsza wystawa przyrodnicza, która z czasem przerodziła się w muzeum. Wspólnie z mężem polowaliśmy już w tamtym czasie i uzbierała się spora ilość trofeów łowieckich. W związku z tym, że mieszkaliśmy w byłym Domu Pamięci gen. Karola Świerczewskiego, a obiekt stał opustoszony, postanowiliśmy wraz z mężem spróbować pokazać nasze trofea i nadać drugie życie potężnemu obiektowi.

Prowadzimy księgę pamiątkową, w której zapisane są wszystkie wspomnienia związane z początkami muzeum. Przyjaciele, pasjonaci przyrody oraz myślistwa pomagali nam, aby to muzeum powstało. Pierwszy wpis do księgi to:

„My to ci, którzy tworzyliśmy pozostawiając dla potomnych część swego talentu.

Bogdan Mikoś

Janusz Różycki

Ryszard Mikoś

Bogdan Socha”

 

wbieszczadach.net: Co uległo zmianie w czasie tych kilkunastu lat?

H. W.: Od 2001 roku Muzeum zostało przeniesione do Nowosiółek. Muzeum nazwaliśmy dodatkowo Ośrodkiem Edukacyjno-Informacyjnym, co wiąże się również ze zwiększeniem naszej oferty dla zwiedzających. Muzeum nie ma suchego charakteru pokazywania zwierzyny. Zależy nam na tym, aby wzbogacać o nową wiedzę odwiedzających nas turystów.

 

wbieszczadach.net: Jakimi ekspozycjami mogą się państwo pochwalić?

H. W.: Muzeum ukazuje na swoich ekspozycjach formę rozwojową poroża Jelenia Karpackiego i Sarny Europejskiej. Przedstawia ona wszystkich przedstawicieli z rodziny jeleniowatych żyjących w naszym kraju. Możemy się również pochwalić okazami występującymi poza granicami naszego kraju. Największą popularnością cieszy się ekspozycja pokazująca drapieżniki, które możemy spotkać na bieszczadzkich szlakach turystycznych. Bogata jest ona w dużą liczbę zwierzyny drobnej, które cieszą niejedno oko. Mamy również ptactwo, nie tylko występujące w Bieszczadach, ale pochodzące z terenów całej Polski. W naszym Muzeum nie skupiamy się wyłącznie na przyrodzie. Mamy salę poświęconą etnografii, pokazujemy sprzęt używany dawniej na terenie Bieszczad – taka lekcja historii dla najmłodszych.

ekspozycja

wbieszczadach.net: W jaki sposób pozyskują państwo interesujące trofea łowieckie?

H. W.: Nie ukrywamy, że część eksponatów pochodzi z polowań, to nasza pasja. Wraz z mężem odbyliśmy polowania za wschodnią granicą, skąd przywieźliśmy nie tylko eksponaty, ale przede wszystkim niezapomniane przeżycia, doświadczenia i wspaniałe wspomnienia. Zdecydowana większość eksponatów, które w chwili obecnej znajdują się w naszym Muzeum, a mało który turysta zdaje sobie z tego sprawę, pochodzą z nieszczęśliwych wypadków czy śmierci na skutek działalności ludzkiej. Spory odsetek zwierząt, zwłaszcza ptactwa trafia do nas w okresie zimowym, gdzie trudne warunki klimatyczne skracają im życie. Część eksponatów po prostu kupujemy, a na chwilę obecną zamówiliśmy kolejne eksponaty w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy, Alpy Karpatom.

wbieszczadach.net: Ile projektów w ramach Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy, Alpy Karpatom państwo zrealizowali? Co dzięki temu zyskuje Muzeum „Knieja”?

H. W.: W ubiegłym roku w ramach projektu rozbudowaliśmy Muzeum w Nowosiółkach o dodatkową salę edukacyjną, w której wyświetlamy filmy o Bieszczadach i organizujemy szkolenia dla zainteresowanych przyrodników w formie prelekcji, a dla dzieci i młodzieży tzw. pogadanki. Dzięki zrealizowaniu Projektu Alpy Karpatom Muzeum zwiększyło swoją ofertę oraz powiększyło swoje sale ekspozycyjne. Jak wcześniej wspomniałam, jesteśmy w chwili obecnej w trakcie realizacji drugiego projektu Szwajcarsko-Polskiego Programu Współpracy, Alpy Karpatom, dzięki któremu Muzeum wzbogaci się o kolejne eksponaty.

wbieszczadach.net: Czy zainteresowanie Muzeum w ciągu tych lat wzrosło, czy raczej zmalało?

H. W.: Zainteresowanie Muzeum jest różne, tak samo jak ilość turystów odwiedzających w danym roku Bieszczady. Kolejnym czynnikiem warunkującym zainteresowanie muzeum są warunki pogodowe. Największą atrakcją dla większości turystów są góry, ale jeśli pogoda nie dopisuje, przyjeżdżają do nas i wyjeżdżają niemniej zadowoleni.

IMG 5675

wbieszczadach.net: Czy mają państwo jeszcze jakieś plany dotyczące Muzeum, które chcieliby państwo urzeczywistnić w przyszłości?

H. W.: Tak. Muzeum jest naszą pasją i mamy przygotowane plany na przyszłość. Na chwile obecną mogę powiedzieć tylko tyle, że Muzeum będzie się rozwijać. Na przyszłość obiektu pracuje cała rodzina. Syn z żoną prowadzą przy Muzeum Biuro Podróży „Dzikie Bieszczady” i oni wspólnie dbają o atrakcyjność oferty turystycznej, którą można zrealizować m.in. w całych Bieszczadach.

wbieszczadach.net: Oboje państwo są myśliwymi. Czy nasi czytelnicy mogliby usłyszeć od państwa jakąś myśliwską opowieść z Bieszczad?

H. W.: Czytelników zapraszamy do Nowosiółek. Myślę, że takie historie najlepiej przekazuje się osobiście, a słowa przelane na papier nie zastąpią panujących po przy tym emocji.

wbieszczadach.net: Bieszczady dla państwa to…

H. W.: …sposób na życie.

wbieszczadach.net: Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy zrealizowania planów dotyczących Muzeum oraz coraz większej liczby osób odwiedzających „Knieję”.

IMG 5667

DSC02483

Rozmowę przeprowadziła Anna Twardy

Bieszczady to nie tylko dzika przyroda, na łonie której można sobie pozwolić na chwilę oddechu. To również bolesna historia i bogata tradycja religijna - rzymskokatolicka i greckokatolicka. Bieszczady to pozostałości po dawnych, nieistniejących już wsiach, miejsca po zburzonych cerkwiach, ruiny zniszczonych świątyń, pojedyncze nagrobki po niegdysiejszych cmentarzach. Wydawałoby się, że po dawnych czasach i tradycjach pozostały tylko zgliszcza. Tymczasem w Bieszczadach istnieje wiele miejsc, w których kultywuje się zapomniane bieszczadzkie dziedzictwo. Jednym z takich miejsc jest Galeria i Pracownia ikon „Veraikon”. To w niej pani Jadwiga Denisiuk, pomysłodawczyni i założycielka „Veraikon”, pielęgnuje jeden z najrzadszych zawodów – ikonopisarstwo. Wydawałoby się, że już zapomniane, że niepotrzebne, a jednak wciąż fascynujące i wzbudzające zachwyt. Z panią Jadwigą rozmawiamy o ikonach, galerii, najbliższych planach i Bieszczadach. Zapraszamy do lektury.

10105

 

wbieszczadach.net: Ikonopisarstwo to chyba trudny proces. Może pani coś o nim opowiedzieć? Jak zazwyczaj przebiega?

Jadwiga Denisiuk: Zgadza się, ikonopisarstwo to trudna sprawa. Trzeba by było bardzo dużo opowiadać o nim, więc powiem w skrócie. Zajmuję się kopiowaniem ikon, chociaż coś takiego jak kopia ikony nie występuje w ikonie, gdyż każda ikona jest oryginalną ikoną, jeśli jest wykonana według wzoru, według nakazów i zakazów, które obowiązują w ikonopisarstwie. Praca nad każdą ikoną trwa dosyć długo, ponieważ w obręb tego całego procesu wchodzi odpowiednie przygotowanie deski, odpowiednie przygotowanie podobrazia tzn. gruntowania, pozłotnictwo, i w końcu przygotowanie warstwy malarskiej pod malunek, pod obraz.

wbieszczadach.net: Czy istnieją jakieś techniki tworzenia ikon?

J. D.: W naszej pracowni posługujemy się techniką tempery żółtkowej. Powiedziałabym, że 95% ikon było w tej technice wykonywanych. Jest to technika stara, średniowieczna, zatwierdzona w połowie IX wieku na soborze i obowiązuje do tej pory.

wbieszczadach.net: Od ilu lat tworzy pani ikony?

J. D.: Ikony tworzę od około 25 lat. Wtedy to sprzedałam pierwszą ikonę przez siebie zrobioną.

wbieszczadach.net: Ikonopisarstwo należy do rzadkich zawodów, prawda? Skąd pojawiła się ta pasja u pani?

J. D.: Tak, dlatego że nie jest to zbyt popularny zawód ani zbyt popularna twórczość. Jest to niszowa twórczość. Trudno mi określić, od kiedy pasja i zainteresowanie ikoną pojawiły się u mnie. Na pewno w czasie podróży po Roztoczu i po Bieszczadach. Zaważyły na tym spotkania z cerkiewkami, na przykład we wspomnianej już krainie Roztocze. Ikony widywałam również w kościołach. To były zainteresowania związane z takim odkrywaniem turystycznym tej południowo-wschodniej części Polski.

wbieszczadach.net: Z której ikony, którą pani stworzyła, jest pani najbardziej dumna?

J. D.: Tych ikon dużo stworzyłam, ale sądzę, że taką najważniejszą dla mnie ikoną jest ikona Matki Boskiej Łopieńskiej, która wisi w cerkwi w Łopience.

wbieszczadach.net: Kogo uznałaby pani za swojego mentora i najlepszego nauczyciela?

J. D.: Nauczycielem i najważniejszą osobą, która znacznie wpłynęła na rozwój mojej drogi zawodowej, jest pani Agnieszka Słowik-Kwiatkowska, która przyjechała w Bieszczady i przywiozła ze sobą całą wiedzę o pisaniu ikon. Uczyłam się u niej. Był to piękny kilkuletni okres pracy i współpracy w pracowni pani Agnieszki.

wbieszczadach.net: Czy oprócz ikonopisarstwa ma pani również inne pasje? Jeśli tak, to jakie?

J. D.: Moją pasją oprócz ikonopisarstwa są podróże. Najbardziej lubię te związane z ikonami – Ukraina, Rosja, Grecja. Jest to dla mnie bardzo bliski świat.

wbieszczadach.net: Prowadzi pani Pracownię i Galerię ikon „Veraikon”. Skąd pomysł na taką nazwę galerii?

J. D.: Nazwa galerii pochodzi od jednej z ikon, która przedstawia twarz Chrystusa na chuście i oznacza prawdziwą twarz, prawdziwe oblicze. Druga bardziej znana nazwa tej ikony brzmi Mandylion. Veraikon jest mało znaną nazwą, ale bardzo mi się spodobała. Może troszkę jest taka na wyrost, ale ładnie brzmi, zawiera słowo ikona i można ją tłumaczyć jako „prawdziwa ikona”.

Zawsze zależało mi na tym, żeby ikona nie miała rysu pamiątkarskiego, tylko była taką „prawdziwą ikoną”. Główne zadanie mojej pracowni polega więc na tym, żeby tworzyć ikony, które nie są amatorskie, przypadkowe czy pamiątkarskie, ale takie, które są „prawdziwymi ikonami”.

 11 denisiuk 2

wbieszczadach.net: Czytałam, że dużo pani podróżowała w związku ze swoją pracą. Pani ikony były wystawiane w Polsce, ale również np. we Francji. Którą wystawę swoich prac wspomina pani najcieplej?

J. D.: Owszem, miałam wiele takich miłych spotkań wystawowych. We Francji realizowaliśmy taki projekt „Bizancjum w Polsce”, który Francuzi przeprowadzali w ramach roku poświęconego kulturze polskiej we Francji. W ramach tego projektu miałam wiele wystaw połączonych z wystawami fotograficznymi cerkiewek drewnianych południowo-wschodniej Polski. Najlepiej wspominam we Francji miasteczko Langres, gdzie otrzymałam do dyspozycji galerię. Miasteczko wyglądało jak sceneria do filmu „Czekolada” – stare, sięgające czasów rzymskich z przepiękną galerią. Wystawę organizowano w okresie grudniowym, więc miasteczko było już świątecznie udekorowane. Ten okres wspominam jak cudowną bajkę.

wbieszczadach.net: Jakie są pani najbliższe plany zawodowe?

J. D.: Chciałabym powiększyć pracownię o pomieszczenia, w których można by było zademonstrować ikony z różnych stron – ruskie, greckie, karpackie. Zależy mi na tym, aby można było w sposób jasny i klarowny opowiadać o ikonach turystom. Planuję także przeprowadzenie warsztatów ikonowych. Takie warsztaty prowadzę raz do roku. Jednakże zamierzam wyremontować pomieszczenie, w którym będzie można przeprowadzać warsztaty, więc sądzę, że będą one częściej realizowane.

wbieszczadach.net: Urodziła się pani w Zamościu. Jak to się stało, że zamieszkała pani w Bieszczadach?

J. D.: W czasie studiów w Krakowie bardzo dużo jeździłam w Bieszczady i postanowiłam tutaj pozostać.

wbieszczadach.net: Co najbardziej podoba się pani w Bieszczadach?

J. D.: W Bieszczadach najbardziej podoba mi się przyroda i przestrzeń.

wbieszczadach.net: Czy Bieszczady to duża kopalnia inspiracji dla pani?

J. D.: Bieszczady są moją inspiracją przede wszystkim ze względu na to, że jest to miejsce ikonowe. Moja praca tutaj jest jakby dobrze „usadowiona”. W Sanoku znajduje się Muzeum Ikon, w Bieszczadach są nieliczne już cerkwie, ale są te cerkwie. Jest zainteresowanie, są szlaki ikon, szlaki architektury drewnianej, więc jestem tak jakby ustawiona na szlaku i myślę, że jest to takie właściwe miejsce dla mojej pracy.

wbieszczadach.net: Bieszczady kojarzą się pani z….

J. D.: … przestrzenią i jesienią.

wbieszczadach.net: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę pani niesłabnącej satysfakcji i zadowolenia z tworzenia ikon i prowadzenia galerii, a także rychłego zrealizowania zaplanowanych zadań. Wszystkich zaś zainteresowanych ikonopisarstwem zapraszamy do odwiedzenia pani Jadwigi w jej galerii i pracowni „Veraikon”.

 

Wywiad przeprowadziła Anna Twardy

Zdjęcia: http://www.hbo.pl/magicznebieszczady/ludzie_bieszczad/index.html

Trudno połączyć swoją pasję z życiem zawodowym. Nie wszystkim się to udaje. Nasze pragnienia często weryfikuje samo życie, które zmusza nas do porzucenia marzeń. Ciężki orzech do zgryzienia mają ci, którzy pasjonują się sztuką, bo, jak to mówią, ze sztuki trudno wyżyć. Jednak niektórym udaje się połączyć to, co ich najbardziej fascynuje z pracą, która zapewnia im utrzymanie i do tego daje satysfakcję z jej wykonywania. Waldemar Kordyaczny należy do tego szczęśliwego grona. Na co dzień przede wszystkim nauczyciel w leskim Liceum Plastycznym, kryje w sobie jeszcze jedną osobowość - bieszczadzkiego artysty: grafika, rzeźbiarza, rysownika i w końcu malarza. Tworzy już od przeszło 25 lat (dwa lata temu obchodził jubileusz swojej pracy twórczej). Od kilku lat wraz z żoną prowadzi autorską „Galerię przy Cerkwi” w bieszczadzkiej wiosce Rabe. Do tego swoją wiedzę na temat sztuk plastycznych przekazuje młodym początkującym twórcom. W kolejnym wywiadzie z ciekawymi ludźmi, pan Waldemar opowiedział nam o swojej twórczości, pracy z młodzieżą i Bieszczadach. Zapraszamy do lektury.

portret

wbieszczadach.net: Natrafiłam na informację, że pana miasto rodzinne to Rzeszów. Jak to się stało, że zamieszkał pan w Bieszczadach?

Waldemar Kordyaczny: Zamieszkałem w Bieszczadach, ponieważ stąd pochodzi moja żona, a miejsce jest wyjątkowe.

wbieszczadach.net: Jest pan artystą w pełni tego słowa znaczeniu. Skąd wzięła się u pana pasja do malarstwa, rysunku i grafiki?

W.K.: Już w szkole podstawowej w kl. VII i VIII byłem zdecydowany, aby podążyć tą drogą. Ukończyłem Liceum Plastyczne w Jarosławiu. W Rzeszowie nie było jeszcze takiej szkoły. Mój starszy brat wytyczał mi plastyczną drogę, był moim pierwszym nauczycielem.

wbieszczadach.net: Jakie są główne tematy pana prac? W tworzeniu swoich prac jakimi technikami się pan posługuje?

W.K.: Głównego tematu moich prac nie można określić. Zajmuję się różnymi dziedzinami sztuki. Maluję, rysuję, uprawiam grafikę i rzeźbę. Prace można podzielić na realistyczne, interpretacyjne oraz abstrakcyjne. Bardzo inspiruje mnie pejzaż i człowiek.

PEJZAZ

wbieszczadach.net: Pana malarski wzór do naśladowania to…

W.K.: Nie mam określonego twórcy, ale inspiracji szukam u wielu artystów i nie tylko związanych ze sztukami plastycznymi.

wbieszczadach.net: Jaki jest pana ulubiony obraz, który pan stworzył i który wzbudza u pana największy sentyment? Co przedstawia?

W.K.: Najbardziej przywiązany jestem do tryptyku pt „Rękopis ziemi”. Są to obrazy ilustrowane wierszami Anny Kamińskiej - nieżyjącej już polskiej poetki.

wbieszczadach.net: Czy istnieje jeszcze coś, oczywiście związanego z Bieszczadami, co chciałby pan uwiecznić na płótnie?

W.K.: Bieszczady uwieczniam cały czas w moich pracach, ponieważ są bardzo inspirujące i niewyczerpane.

cer Ulucz

wbieszczadach.net: Razem z żoną prowadzi pan Galerię „Przy Cerkwi”. Jakie prace można w niej obejrzeć? Z czym wiąże się prowadzenie galerii?

W.K.: W naszej autorskiej galerii można zobaczyć przekrój prac od akwareli, rysunku, rzeźby, grafiki, aż do malarstwa akrylowego. Plusem galerii jest to, że my decydujemy, co wystawiamy. Minusem zaś jest brak czasu na poświęcenie większej uwagi galerii. Galeria jest czynna tylko czasowo ze względu na pracę zawodową.

wbieszczadach.net: Jakie jest pana największe osiągnięcie zawodowe, z którego jest pan dumny?

W.K.: Myślę, że tym kim jestem i jaką pozycję osiągnąłem, zawdzięczam pracy artystycznej oraz możliwości uczenia młodych ludzi.

Skazany2011 24x33s.igla

wbieszczadach.net: Co chciałby pan jeszcze osiągnąć w życiu zawodowym?

W.K.: Podążam swoją drogą artystyczną i twórczą. Na pewno moim marzeniem jest komfort spokojnej pracy twórczej, a dobry marszand to jest to.

wbieszczadach.net: Jest pan również nauczycielem w Liceum Plastycznym w Lesku. Zdobytą przez siebie wiedzę przekazuje pan młodym ludziom. Czym dla pana jest praca z początkującymi malarzami, rysownikami i grafikami?

W.K.: Bardzo lubię swoją pracę z młodzieżą jest to dla mnie czymś ważnym w życiu przynajmniej obecnie. Przebywając z nimi, przekazując im wiedzę i umiejętności, czuję się młodszy.

wbieszczadach.net: Z czym kojarzą się panu Bieszczady?

W.K.: Bieszczady kojarzą mi się z włóczęgą, byciem wolnym człowiekiem. Z historią tych ziem i ludźmi, którzy tu żyli i żyją współcześnie.

wbieszczadach.net: Bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę kolejnych artystycznych sukcesów i niesłabnącej satysfakcji z bycia artystą i nauczycielem.

aby powrocil 200880x100

Wywiad przeprowadziła Anna Twardy

Bieszczady to urokliwy i tajemniczy zakątek Polski. W nowym sezonie programu „Las Bliżej Nas” emitowanego w TVP1 w każdą sobotę o godzinie 7.00 mamy okazję poznać sekrety bieszczadzkiego lasu. O prozie życia, pracy leśników, bieszczadzkiej przyrodzie, bolesnej historii i fascynującej kulturze regionu opowiadają widzom leśniczowie – Kazimierz Nóżka i Marcin Scelina z Nadleśnictwa Baligród. A opowiadają w sposób prosty, ciekawy i z domieszką humoru. Prowadzący program zgodzili się odpowiedzieć na kilka pytań odnośnie swojej pracy na planie „Lasu Bliżej Nas” dla naszego portalu, więc gorąco zapraszamy do lektury.

wbieszczadach.net: Zacznijmy od początku. Co sprawiło, że wybrali panowie zawód leśniczego?

Kazimierz Nóżka: Tradycja rodzinna - wola ojca.
Marcin Scelina: Zainteresowania przyrodnicze.

wbieszczadach.net: Jakie są rady panów dla przyszłych leśniczych?

M.S.: Trzeba się uczyć od maleńkości i lubić naukę, bo leśnik uczy się całe życie.
K.N.: Szacunek i pokora.

wbieszczadach.net: A teraz przejdźmy do „Lasu Bliżej Nas”. Ile odcinków będzie liczyła bieszczadzka seria programu?

K.N. i M.S.: W Bieszczadach zostało nakręcone 10 odcinków -cała seria programu.

wbieszczadach.net: Jak panowie zostali wybrani do ról prowadzących program?

K.N. i M.S.: Została zauważona nasza aktywność poprzez prowadzenie fanpage’u Nadleśnictwa Baligród na Facebooku.

10306855 312154465602026 603257354 n

wbieszczadach.net: Jak przebiega współpraca między panami?

K.N.: W miarę spokojnie, chociaż zawsze dochodzi do krótkich spięć merytorycznych.
M.S.: Stosunkowo spokojnie, choć kolega Kazimierz jest czasami uparty - zwłaszcza w kwestiach botanicznych.

wbieszczadach.net: Czy praca przed kamerą to trudne zadanie? Jak panowie poradzili sobie z tym zadaniem?

K.N. i M.S.: Praca przed kamerą to pikuś w porównaniu z odpowiedzialną pracą leśnika w terenie.

wbieszczadach.net: Czy praca na planie obfituje w jakieś nieprzewidziane wydarzenia? Jeśli tak, to jakie?

K.N. i M.S.: Tak, nieprzewidziane wydarzenia zdarzają się przez cały czas. Musi tak być, kiedy nie ma z góry narzuconego scenariusza. Cały czas trzeba myśleć i wykorzystywać chwilę.

10335857 312153835602089 436531101 n

wbieszczadach.net: Najśmieszniejsze momenty na planie według panów to…

K.N.: Momenty kulinarne.
M.S.: Nagrywanie scenki o Wincentym Polu, którego kolega Kazimierz przechrzcił na Wincenta ;)

wbieszczadach.net: Odcinek, który pozostawił najwięcej miłych wspomnień to…

K.N.: Rejs łodzią po zalewie w odcinku o ekotonach.
M.S.: Odcinek pierwszy, kiedy mieliśmy się pokrótce przedstawić nawzajem.

wbieszczadach.net: Czy spotykają się panowie z wyrazami sympatii swoich widzów? Jeśli tak, to w jaki sposób?

K.N. i M.S.: Tak, odbiór społeczny programu jest niesamowicie pozytywny - dużo miłych komentarzy, telefonów, rozmów.

10311928 312156885601784 235084272 n

wbieszczadach.net: Lasy są pełne tajemnic, zwłaszcza bieszczadzkie. Co panów zachwyca w Bieszczadach?

K.N. i M.S.: Niesamowita różnorodność form i niepowtarzalność zjawisk przyrodniczych. Bogactwo fauny i flory.

wbieszczadach.net: Jakie są przyszłe plany zawodowe panów po zakończeniu emisji programu Las Bliżej Nas?

K.N. i M.S.: Mamy zamiar w dalszym ciągu pracować tak jak dotychczas.

wbieszczadach.net: Na koniec trochę autoreklamy. Jakie według panów są zalety „Lasu Bliżej Nas”?

K.N. i M.S.: Największą zaletą programu jest jego luźna, aczkolwiek merytoryczna konwencja.

wbieszczadach.net: Dziękujemy za rozmowę i życzymy wszystkiego dobrego w kontynuowaniu pracy leśniczych. Widzów, ale również osoby, które nie miały okazji zapoznać się z programem „Lasu Bliżej Nas”, zachęcamy do pooglądania kolejnego odcinka w najbliższą sobotę i odkrywania wraz z panami tajemnic bieszczadzkich lasów. Warto poznawać to, co nas otacza.

 

Wywiad przeprowadziła Anna Twardy

Biżuteria to ozdoba kobiet. Każda kobieta uwielbia kolczyki, naszyjniki i pierścionki. Panie o wiele bardziej cieszy oryginalna i niespotykana biżuteria. Taką tworzy Ewelina Matusiak-Wyderka. Spod jej palców wychodzą niepowtarzalne ozdoby, które łączą w sobie bieszczadzkie tradycje i autorskie pomysły. Sylianki, gerdany, krywulki i drabynki – nazwy te brzmią bardzo egzotycznie, a tak naprawdę są to wyroby związane z Łemkami i Bojkami, dawnymi mieszkańcami Bieszczadów. Pani Ewelina, która od młodych lat interesuje się rzemiosłem artystycznym, tworzy nie tylko biżuterię, ale również prowadzi Pracownię Miodosytnię, która organizuje warsztaty koralikowania. W czasie ich trwania każdy chętny może zgłębić podstawy tworzenia takiej biżuterii pod czujnym okiem właścicielki pracowni i jej męża. Z panią Eweliną rozmawiamy o jej twórczości, marzeniach i sentymencie do Bieszczadów.

 MG 9433

wbieszczadach.net: W jakich okolicznościach zamieszkała pani w Bieszczadach?

Ewelina Matusiak-Wyderka: Pierwszy raz przyjechałam w Bieszczady w 1997 roku. Od tego czasu każdą wolną chwilę wykorzystywałam na uciekanie w te strony. Zachwyciła mnie bieszczadzka przyroda i ludzie, których tutaj spotkałam. Od tej chwili towarzyszyła mi myśl, żeby się tutaj przenieść. W 1999 roku rozpoczęłam naukę na Uniwersytecie Ludowym we Wzdowie i stąd było już bardzo blisko. Po skończeniu tej szkoły po prostu zostałam.

wbieszczadach.net: Co najbardziej podoba się pani w Bieszczadach?

E. M.-W.: Bieszczady zachwycają pięknem swojej przyrody i jakimś specyficznym, wyczuwalnym echem dawnych dni. Takie mam wrażenie, wędrując po miejscach, gdzie niegdyś były wioski. Śladem po ich istnieniu są zdziczałe sady, zarośnięte fundamenty – ale wystarczy przymknąć oczy i jakby słychać znów gwar i życie… Nie doświadczyłam tego nigdzie indziej, choć jest wiele miejsc, które mają za sobą podobną historię. Tyle, że w Bieszczadach nie wybudowano nowych domów w miejscu tych, których już nie ma i jest przestrzeń na usłyszenie przeszłości.

Bieszczady przyciągają też bardzo specyficznych ludzi. Bardzo cenię sobie bieszczadzkie znajomości.

wbieszczadach.net: Jak rozpoczęła się pani fascynacja rękodziełem artystycznym?

E. M.-W.: Zawsze lubiłam wszelkie zajęcia plastyczne i manualne. Marzyłam o tym, żeby nauczyć się wyplatać kosze z wikliny. Tym tropem trafiłam do Wzdowa. Marzenie się spełniło – to, i wiele innych o rękodziele, których wcześniej nawet nie wypowiedziałam.

wbieszczadach.net: Czy rękodzieło artystyczne to pani sposób na życie, czy raczej tylko pasja?

E. M.-W.: Wiele lat rękodzieło było moją pasją, ale kilka lat temu powstał pomysł na przekucie go w sposób na życie. To marzenie powoli się realizuje. W 2010 roku powstała nasza Pracownia Miodosytnia, razem z mężem prowadzimy warsztaty i realizujemy koralikowe projekty.

wbieszczadach.net: Jakiego typu biżuterię tworzy pani? Proszę opisać.

E. M.-W.: Tworzymy z mężem przede wszystkim karpacką biżuterię koralikową: KRYWULKI –OZDOBY ŁEMKOWSKIE, SYLIANKI – HUCULSKIE, GERDANY – HUCULSKIE I BOJKOWSKIE ORAZ DRABYNKI – BOJKOWSKIE.

001

wbieszczadach.net: Skąd czerpie pani inspiracje w tworzeniu biżuterii?

E. M.-W.: Wciąż niewyczerpanąinspiracją naszej twórczości są motywy użytkowej sztuki ludowej. Całe Karpaty wręcz obfitują w mnogość wzorów występujących zarówno w tradycyjnych ozdobach koralikowych, jak i w hafcie krzyżykowym. Część tworzonej przez nas biżuterii to wierne odwzorowywanie istniejących schematów, a część inspiracje ludowe karpackimi motywami.  Kolejnym elementem twórczości jest ta całkiem niezwiązana z Karpatami, z tradycją. To twórczość po prostu – to co nam się podoba i jakoś zachęca do działania.

wbieszczadach.net: Czy tworzy pani tylko biżuterię, czy poza tym coś jeszcze?

E. M.-W.: Tu można powiedzieć o wikliniarstwie – przyjemności, jaką czerpiemy z tworzenia z naturalnego surowca, okazyjnym tkaniu, malowaniu na tkaninach i różnych innych… Skończyłam szkołę, która wyposażyła mnie w szereg umiejętności rękodzielniczych – korzystam z tego nieustannie. Mąż oprócz koralikowania zajmuje się łupaniem gontu jodłowego.

wbieszczadach.net: Kogo uznałaby pani za swojego mentora i najlepszego nauczyciela?

E. M.-W.: Biżuterii koralikowej nauczyłam się od mistrza z Tarnopola – Andrieja Bobyka. Największą jednak osobowością i najlepszym nauczycielem był dla mnie pan Zdzisław Kwasek – mistrz, od którego uczyłam się wikliniarstwa.

wbieszczadach.net: Czy pani wyroby spotykają się z dużym zainteresowaniem i czy zdarzyło się pani organizować pokazy własnej twórczości?

404168 458861387478922 91325522 n

E. M.-W.: Wyroby z naszej pracowni spotykają się z zainteresowaniem przede wszystkim wśród turystów odwiedzających Bieszczady. Organizujemy pokazy dla zainteresowanych grup, najczęściej we współpracy z zaprzyjaźnionymi gospodarstwami agroturystycznymi. Współpracujemy także z Uniwersytetem Ludowym Rzemiosła Artystycznego w Woli Sękowej.

wbieszczadach.net: Czy zrobienie takiej biżuterii jest trudne? Czy wymaga specjalnych umiejętności, czy po prostu wystarczy wiedza teoretyczna?

E. M.-W.: Nie jest to wielce trudna sztuka, ale technik jest kilka i opanowanie ich wymaga trochę czasu. Jak w każdym rękodziele, przydatne są zdolności manualne. Wiedza teoretyczna, moim zdaniem nie wystarczy, jest to dziedzina, która wymaga żywego kontaktu z mistrzem.

wbieszczadach.net: Razem z mężem prowadzi pani Pracownię Miodosytnię. Skąd pomysł na jej założenie?

E. M.-W.: Pracownia wzięła się z chęci połączenia pasji z życiem zawodowym. Chcieliśmy, żeby nasza praca była czymś więcej niż tylko zarabianiem pieniędzy.

wbieszczadach.net: Oprócz tworzenia biżuterii, w Pracowni odbywają się także warsztaty. Czy w tym w roku można na jakieś liczyć? Jeśli tak, to czego będą dotyczyć i co trzeba zrobić, żeby w nich uczestniczyć?

E. M.-W.: Najbliższe warsztaty planujemy we współpracy z ULRA w Woli Sękowej http://www.uniwlud.pl/?p=973

Oprócz tego na pewno będzie można skorzystać z krótszych warsztatów biżuterii w Bieszczadach podczas wakacji. Aby wziąć w nich udział, należy skontaktować się mailowo lub telefonicznie (Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. , 504122767).

P1010030

wbieszczadach.net: Jakie są pani marzenia i plany związane z rękodziełem artystycznym?

E. M.-W.: Marzenie jest jedno, bardzo ważne. Żeby Pracownia Miodosytnia miała swoją pracownię. Działamy objazdowo, we współpracy z instytucjami, a chcielibyśmy mieć własne miejsce, do którego moglibyśmy wszystkich chętnych zaprosić.

wbieszczadach.net: Dziękujemy serdecznie za rozmowę i życzymy spełnienia tego ważnego marzenia. Liczymy na to, że w niedalekiej przyszłości Pracownia Miodosytnia będzie miała swoją własną siedzibę.

Czar Bieszczadów tworzy nie tylko przyroda, ale również ludzie o fascynujących osobowościach i niezapomnianych historiach. Tym razem mamy przyjemność rozmawiać ze znaną bieszczadniczką, która lata temu postanowiła swoje życie przeżyć właśnie tutaj, na krańcu Polski, w leśnych ostępach kryjących bogatą tradycję i kulturę. Inka Wieczeńska porzucając życie w stolicy, wybrała bieszczadzkie lasy i góry za swój nowy dom. Tutaj również rozpoczęła jedną z najważniejszych przygód swojego życia – fotografię. Fotografuje krajobrazy, zwierzęta, rośliny, a przede wszystkim ludzi, którzy tak jak ona tworzą wspaniałą społeczność Bieszczadów. O jej fotografiach robi się coraz głośniej. Ostatnio ze swoimi pracami gościła w Warszawie, opowiadając podczas wernisażu o „swoich Bieszczadach”. Jej fotografie łączą w sobie niezwykłe wyczucie chwili, „teatr” barw i dynamiki, i to „coś”, co nas zachwyca w tych fotografiach - tętniące swoim życiem Bieszczady.

wbieszczadach.net: Co sprawiło, że swoje życie związała pani z Bieszczadami?

Inka Wieczeńska: Wyjazd w Bieszczady zawdzięczam rodzicom. Kiedy byłam trzynasto-, czternastoletnią dziewczynką, ojciec zakochany w Bieszczadach wsadzał nas na rumaka o imieniu Panonia i gnaliśmy 400 km z Częstochowy w Bieszczady. Wówczas nie zauważałam piękna tej krainy. Dla mnie Bieszczady wiązały się z harcerzami i nowymi znajomościami. Ojciec natomiast napawał oczy widokami i jak mawiał, „oddychając do pięt, marzył o życiu w Bieszczadach”.

10148233 680084932048506 1789815154 o

wbieszczadach.net: Zamieszkując w Bieszczadach, spełniła pani więc marzenia taty?

I.W.: Tak. Pamiętam, wówczas współpracowałam jako reporter z PR w Warszawie w Naczelnej Redakcji Programów Publicystycznych. Zaproponowano mi pracę na etacie. Warunkiem jej podjęcia było stałe zameldowanie w stolicy. Tego wymogu nie potrafiłam spełnić, pomimo że radio było moim wielkim „fiołem”. Kiedy ogłoszono konkurs na młodego dziennikarza w placówkach regionalnych, szybko się zgłosiłam. I udało się. Z rąk Andrzeja Turskiego otrzymałam etat w PR w Kielcach. Pracy również i tam nie podjęłam, bo akurat wybuchł stan wojenny. Jako że wychowywałam się w rodzinie prześladowanej przez władzę ludową, stwierdziłam, że lepiej będzie, kiedy wyjadę. Wówczas po mojej głowie zaczęły błądzić obrazy z dziecięcych wypraw. Natychmiast złapałam kierunek. W ten oto sposób duże aglomeracje przegrały z Bieszczadami.

wbieszczadach.net: Pamięta pani swoje pierwsze spotkanie z Bieszczadami po podjęciu decyzji o przeniesieniu się tutaj?

I.W.: Razem ze świeżo poślubionym mężem ruszyliśmy na podbój Bieszczadów. Mąż był absolwentem PW wydziału Mechaniki Precyzyjnej, a ja UW wydziału Humanistyczno- Pedagogicznego. Z powodzeniem mógłby uczyć przedmiotów ścisłych, a ja humanistycznych. Jednak wszędzie odsyłano nas z kwitkiem.

Ogromnie zawiedzeni postanowiliśmy przynajmniej zobaczyć Bieszczady. Wsiedliśmy do autobusu zmierzającego do Ustrzyk Górnych. W nim poznaliśmy leśniczego, który przedstawił się nam jako nadleśniczy nieistniejącego Nadleśnictwa Sianki Dolne. Pan okazał się przemiłym gawędziarzem i zaprosił nas na nocleg. Prawie całą noc przegadaliśmy przy kominku. Wynikiem nocnej Polaków rozmowy był pomysł, abyśmy poszli do dyrektora Gospodarstwa Rolnego „Igloopol” w Smolniku. I tak się stało. Przyjęto nas z otwartymi rękami. Z gabinetu wyszliśmy z kluczami do zakładowej kawalerki. Michał objął etat kierownika warsztatu naprawczego, a ja zostałam dyrektorem nowopowstałego przedszkola przyzakładowego. I tak się rozpoczęła nasza bieszczadzka epopeja.

10148296 680085035381829 966818043 o

wbieszczadach.net: Jak odnalazła się pani w Bieszczadach?

I.W.: Początkowo nie było łatwo. Bardzo tęskniłam do rodziny i przyjaciół, których pozostawiłam 400 km stąd. Często ich odwiedzałam, wlokąc za sobą dwójkę dzieci, psa i klatkę z kanarkami. Z powrotem bagaże pęczniały, bo wiozłam najdrobniejsze przedmioty codziennego użytku. W tamtych czasach w sklepach nie można było niczego kupić.

Wszelkie ważniejsze życiowo momenty odbywały się w Częstochowie, jak porody i chrzty. I chyba bym tego nie wymyśliła, mieszkając w Częstochowie, żeby dzieci ochrzcić na Jasnej Górze. Z biegiem czasu tęsknota zanikała wypierana przez nowe znajomości, przyjaźnie i pasje, które trwają do dziś.

wbieszczadach.net: Kiedy i w jakich okolicznościach zaczęła pani fotografować?

I.W.: Żyjąc w Bieszczadach, kiedy już wypełniłam obowiązki Matki Polki, czyli odchowałam dwójkę dzieci, doszłam do wniosku, że przyszedł czas dla mojego ducha. Człowiek ma różne fascynacje, które z biegiem czasu stają się pasjami. Ja to nazywam „fiołami”. Kilka „fiołów” już w życiu miałam, jeszcze przed fotografią. Były kwiaty, dziennikarstwo, muzyka country, konie i narty.

Dziennikarstwo stało się pomostem do fotografii.Nie mogłam się oprzeć rozmowom z bieszczadnikami, bo kocham ludzi, a stąd okazało się już bardzo blisko do bieszczadzkiej fotografii. Kiedy zostałam przyjęta do ZPFP (Związek Polskich Fotografów Przyrody) i zaczęłam jeździć na plenery, fotografia pochłonęła mnie bez reszty. I zaczęło się szaleństwo.

10149133 680085672048432 1203751282 o

wbieszczadach.net: Co najbardziej pani lubi fotografować?

I.W.: Fotografuję wszystko to, co sprawia mi przyjemność, począwszy od twarzy, poprzez pejzaże, kwiatuszki, zwierzynę, aż po architekturę.

Zaczęłam najpierw fotografować bieszczadzkie postaci. Z ich twarzy można wiele wyczytać. Każda postać to inna ciekawa historia. Bieszczady są magnesem przyciągającym romantyków szukających wolności i niezależności. Są oazą ludzi z barwnymi życiorysami, artystów muzyków, malarzy, rzeźbiarzy, poetów, a także leśników i drwali, których łączy wrażliwość na piękno.

Zawsze staram się ich poznać bliżej, aby uchwycić ich duszę i charakter. Ku temu służą mi bieszczadzkie zloty zwane zakapiorskimi (Bieszczadzki Zlot Leśnych Ludzi), których przez wiele lat byłam współorganizatorem. Moje prace częściowo umieszczałam na łamach gazet regionalnych i ogólnopolskich oraz portalach internetowych. Teraz wykonuję je na zlecenie.

wbieszczadach.net: Od portretów blisko do pejzaży….

Bieszczady dla fotografa są atrakcyjne przez cały rok. Jest to zabawa światłem. Krajobrazy zwykle fotografuję w tzw. złotej godzinie, czyli o wschodzie i zachodzie słońca. Wtedy wszystko wygląda jak z bajki. Niezapomniane pozostają wyprawy o 4 rano na szczyt. Zawsze pełne emocji i myśli, co zastanie się na górze. Prawie zawsze otwierają się chmury i choć na moment pozwalają wyłonić się słonecznej kuli. Wówczas odbywają się prawdziwe spektakle. Jeżeli jeszcze temu towarzyszy mgła i wiatr to widowisko jest zawarte w kilku aktach. Fotografia to prawdziwy teatr. Pejzaże przybierają tak nieprawdopodobne kolory, że trudno uwierzyć w ich rzeczywistość. Bywało i tak, że zostawaliśmy na górze, patrząc w rozgwieżdżone bieszczadzkie niebo, oczekując świtu. Tylko nietoperze świstały nam nad głowami.

Fotografując przyrodę, trudno się oprzeć osadzonym w niej cerkwiom. Są one perełkami bieszczadzkiej architektury. Cerkwie to kolejna moja miłość. Są to cerkwie grekokatolickie, pozostałość po współzamieszkującej te tereny ludności rusińskiej. Aktualnie w większości pełnią one rolę świątyń rzymskokatolickich.

Lubię też fotografie macro, czyliinaczej duże zbliżenia. I tu jest pole do popisu dla fotografii artystycznej. Dobrze jest wiedzieć, jaki obraz chce się uzyskać. Reszta przychodzi z wnętrza.

10149618 680084845381848 885935520 o

wbieszczadach.net: W swoich fotografiach ma pani pokaźne zbiory zwierząt bieszczadzkiej puszczy. Czy związane są z tym jakieś przygody?

I.W.: Przygód jest masę. Bardzo wciąga mnie fotografia zwierząt. To podnosi adrenalinę. Zawsze, z każdym wejściem do lasu trzeba się liczyć ze spotkaniem ich mieszańców. Temu towarzyszą niesłychane emocje. Aby fotografować zwierzynę, trzeba znać ich zwyczaje i dobrze wiedzieć, jak się wobec nich zachowywać. Najlepiej wszystko robić z ukrycia. Pamiętam, jak chciałam sfotografować stado łań. Codzienne wychodziłam na polanę o świcie, gdzie łanie wyłaniały się ze swoich noclegowni. Długo ich nie było, więc postanowiłam krzyknąć, aby sprowokować je do wyjścia. Nagle usłyszałam pisk mojego psa. Podbiegłam w tym kierunku i zobaczyłam, jak łania okłada kopytami Gusię. Natychmiast ruszyłam jej na pomoc. Łania odskoczyła, po czym przystanęła i bacznie mi się przyglądała. Wówczas zrobiłam jej portrety. Przywołałam psa i zamierzałam się wycofać, kiedy łania ponownie zaatakowała. Niewiele myśląc, rzuciłam się mojej suce na pomoc. Dopiero wówczas łania odstąpiła. Co się okazało? Zza krzaków za nią wyszła młoda i razem pobiegły w stronę lasu. Kiedy łania ma małe jest wyjątkowo niebezpieczna. Zawsze stanie w ich obronie.

wbieszczadach.net: Oglądałam parę pani zdjęć. Naprawdę fotografie są magiczne. Jak udaje się pani robić takie zdjęcia?

I.W.: To coś magicznego jest ukryte w naszych Bieszczadach, tylko trzeba to z nich wydobyć. Prawie zawsze mam niedosyt. Obrazy, jakie powstają w mojej głowie, nie zawsze pokrywają się z uzyskanymi. Wynika to pewnie z moich ambicji. Do wszystkiego podchodzę emocjonalnie. A jeszcze kiedy się w to włoży serce, to pasja, taka jak fotografowanie, może stać się źródłem zadowolenia z życia.

photo1php

wbieszczadach.net: Pani ulubione zdjęcie to…

I.W.: Do idealnego zdjęcia stale dążę. Myślę, że „Latarnie” są ciekawym ujęciem. Są to jesienne modrzewie zatopione we mgle. Latarnie, bo kiedy wstające słońce smagało je promieniami, zaczęły świecić jak latarnie. Wykonałam je, zupełnie nie planując tej fotografii, na spacerze z psem, na stoku Laworta w Ustrzykach Dolnych. Obecnie zrodził mi się projekt tryptyku modrzewiowego i chodzę wokół nich już prawie rok, i stale mam tylko tę jedną fotkę, ale myślę, że wreszcie trafię na to, co drzemie w mej głowie. „Latarnie” zaczynają mieć też swoją historię. Zostały wyróżnione w konkursie Leśne Fotografie 2013 oraz zdobią okładkę albumu wydanego z okazji 90-lecia Lasów Państwowych, z czego jestem dumna.

wbieszczadach.net: Ostatnio odbył się wernisaż pani fotografii w Warszawie. Jak do niego doszło?

I.W.: To już moja druga autorska wystawa w Warszawie, a czwarta z kolei. Znajomy jak się później okazało, również fotograf Zygmunt Drużbicki oglądał moje zdjęcia wystawiane w Internecie pod stałą nazwą „I to są właśnie moje Bieszczady” (strofa zapożyczona z tekstu piosenki Macieja Augustyna wykonywanej przez Gienka „Siczkę” Olejarczyka z KSU), która miała niemały wpływ na moją fotografię. Zygmunt zaproponował mi wystawę bieszczadzkiej zimy. Byłam oszołomiona. Początkowo myślałam, że pomylił moje prace z innymi. Jednak stało się to prawdą. I koło się potoczyło. Zaproszono mnie nie tylko do Warszawy, ale i do Gdańska, Ustrzyk Dolnych i obecnie znowu do Warszawy, tym razem do stylowej Galerii Freta na Nowym Mieście.

wbieszczadach.net: Jak przebiegała wystawa? Z jakimi opiniami się pani spotkała?

I.W.: Kustoszami wystawy byli przemili i wielkiej klasy artyści Bożena Konikowska i Roman Stechera. W bardzo przyjaznej atmosferze przygotowywaliśmy wystawę przez kilka dni, doprowadzając cały jej przebieg do perfekcji.

Licznie zgromadzonych gości powitał Jarek Tomaszewski z zespołem Latający Dywan. Potem Bożenka zaprosiła mnie do rozmowy, w tle której wyświetlano bieszczadzką zimę. Rozmowa była przeplatana muzyką bieszczadzką Latającego Dywanu, diaporamami i poezją Jurka Baryły Nowakowskiego recytującego autorskie wiersze. Prezentowana diaporama pt. ”I to są właśnie moje Bieszczady” do muzyki Siczki z KSU pozwoliła zapoznać licznie zebranych z tym, co pokochałam w Bieszczadach najbardziej, z zakapiorami, pejzażami, lasami, kwiatami i zwierzyną.

Drugą diaporamę cerkiewną dedykowałam w podzięce Jarkowi Tomaszewskiemu z zespołem Latający Dywan (Jarek jest prezesem odbudowy baligrodzkiej cerkwi). Jestem im niezmiernie wdzięczna za to, że potrafili razem z moimi obrazami i poezją wprowadzić w klimat moich ukochanych Bieszczadów. Myślę, że nie zawiedliśmy warszawskich gości. Serdeczne rozmowy w kuluarach snuły się do późnych godzin. I te z rodziną, i te z przyjaciółmi, i te ze Sceną Country, i te ze znajomymi ze szlaku, w których drzemie sentyment do naszej krainy.

wbieszczadach.net: Wystawa miała miejsce kilka dni temu, ale czy coś się zmieniło w pani życiu w związku z tym wydarzeniem?

I.W.: Jestem szczęśliwa z tak ciepłego przyjęcia. Nazwano go wydarzeniem artystycznym. Utwierdzam się w przekonaniu, że obrałam właściwą drogę życiową. Pomimo, że wyjechałam tak daleko, czuję bliskość rodziny i przyjaciół. O jego powodzeniu niech świadczy fakt, że zaproszono mnie na kolejny wernisaż. Teraz szukam partnerów, którzy razem ze mną chcieliby się zaprezentować w Warszawie.

wbieszczadach.net: Czy gdzieś w Bieszczadach można zobaczyć pani twórczość? Np. w jakiejś galerii.

I.W.: Jestem w trakcie tworzenia strony internetowej. Jeszcze nie wygląda tak, jak bym ją widziała, ale już działa. Oto ona http://www.inkawieczenska.pl/

wbieszczadach.net: Jakie jest pani ulubione miejsce w Bieszczadach, do którego lubi pani wracać i dlaczego?

I.W.: Każde miejsce, byle na łonie natury. Lubię je zmieniać i odkrywać nowe, ale najbardziej ulubionym miejscem jest kapliczka w Terce. Zawsze się przy niej zatrzymuję i schodzę w dół, aby przez buki popatrzeć na San brodzący u ich stóp. Dużo tu się wydarzyło......

photophp

wbieszczadach.net: Czym zajmuje się pani oprócz fotografii?

I.W.: Jestem współwłaścicielem zakładu optycznego w Ustrzykach Dolnych oraz dziennikarzem niezależnym. Jedynie na stałe związana jestem z magazynem „Konie i Rumaki”, gdzie od 6 lat prowadzę rozmowy z gwiazdami jeżdżącymi konno. W tym miesiącu zapraszam do zapoznania się z sylwetką aktora Jacka Rozenka, a już w kwietniu komisarza Zawady, czyli Marka Włodarczyka.

wbieszczadach.net: Jakie są pani najbliższe plany i marzenia?

I.W.: Całe moje życie to marzenia. Długo już majaczy mi się obraz żurawi wyłaniających się z porannych mgieł podświetlonych płomieniami słonecznymi. Muszę to uchwycić. Planów jest też co niemiara. Sukcesywnie staram się dążyć do ich realizacji. Nazbierało się już około sześćdziesięciu rozmów z artystami, myślę o wydaniu książkowym, więc szukam wydawcy. Wznowienie rozmów z bieszczadnikami i kilka wyjazdowych plenerów fotograficznych też jest w moich planach. Najbliższy to udział w hipicznej wystawie zbiorowej na I Festiwalu Sztuki Jeździeckiej w Warszawie. Pracy dużo, oby tylko starczyło czasu.

wbieszczadach.net: Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy samych sukcesów w spełnianiu tych pięknych marzeń, zaś wszystkich zainteresowanych twórczością pani Wieczeńskiej odsyłamy do jej nowej strony internetowej.

Wśród szerzącej się banalności i płytkości w komercyjnych piosenkach, od czasu do czasu pojawiają się muzyczne perełki, które wnoszą coś ożywczego, nowego i fascynującego do naszej kultury. Są to utwory dla wymagających, wrażliwych słuchaczy, które wplatają w nasze życie nowe melodie, przenoszą w inny świat, opowiadają ekscytujące historie. Nasze kolejne spotkanie z Ciekawymi ludźmi jest rozmową z niezwykłym, bo polsko-kazachskim zespołem Angela Gaber Trio, który powstał w 2011 roku w Bieszczadach. Inicjatorką projektu jest Angela Gaber – animatorka kultury i założycielka sanockiej Galerii Bazar Sztuki, poza tym do składu Trio należą Aleksander Czikmakow – kompozytor i aranżer z Kazachstanu oraz Ernest Drelich, który zastąpił w zespole Łukasza Sabata. Rozmawiamy z nimi o ich twórczości, inspiracjach i muzycznych planach.

1

wbieszczadach.net: To pytanie pewnie słyszeliście niezliczoną ilość razy, ale muszę je zadać. Jak rozpoczęła się Wasza przygoda z muzyką?

Angela Gaber Trio: Spokojnie, nie udzielamy dziesiątek czy setek wywiadów, więc z przyjemnością opowiemy o tym po raz kolejny. Może ktoś chętnie posłucha, przeczyta, zostanie z nami. Przygoda z muzyką u każdego z nas zaczęła się bardzo dawno. W zasadzie odkąd pamiętamy. Jeśli chodzi o mnie (Angela), to od zawsze śpiewałam na mniejszych lub większych scenach. Początkowo była to klatka schodowa (ze świetną akustyką), potem zespoły w domu kultury, jeszcze później profesjonalne projekty. Śpiewanie na poważnie zaczęło się u mnie w liceum, od momentu intensywnego spędzania czasu w rozśpiewanym bieszczadzkim towarzystwie, zaś później ta pasja zaczęła się rozwijać, gdy spotkałam Mariannę Jary prowadzącą zespół pieśni karpackiej Widymo. No i się potoczyło...próby własnych zespołów rockowych, spotkanie z etnicznym Tygiel Folk Banda, krótka, ale niezwykle ciekawa, przygoda z pieśnią rosyjską przy współpracy z Lechem Dyblikiem, odkrywanie i uwalnianie swojego głosu pod okiem moich mistrzów i autorytetów (Olga Szwajgier, Aneta Łastik, Paulina Kujawska), no i spotkanie z Aleksandrem Czikmakowem (Saszą) oraz Łukaszem Sabatem (członek pierwszego składu). Spotkałam się z nimi osobno, w zupełnie różnych sytuacjach, ale w jednym miejscu. W mojej Galerii – Bazar Sztuki. Bazaru Sztuki już nie ma stacjonarnie (tylko wirtualnie www.facebook.com/bazarsztuki), ale pozostało Trio – Angela Gaber Trio. Gramy już ponad dwa lata. Pozwolę sobie powiedzieć krótko w imieniu Saszy, który w swoim rodzinnym kraju – Kazachstanie był bardzo aktywny muzycznie. Klasyka i rock and roll !:) W Polsce pojawił się po otrzymaniu stypendium muzycznego w Akademii Muzycznej w Krakowie. Tam rozwijał bardziej eksperymentalne i elektroakustyczne przestrzenie muzyczne.

gotyk

wbieszczadach.net: Skąd pomysł na tworzenie właśnie takiej muzyki w czasach, gdy rynek muzyczny zalewają komercyjne kawałki i trudno jest usłyszeć coś niepowtarzalnego i fascynującego?

Angela: To nie jest celowa koncepcja, przemyślana. Robimy to, co czujemy, co wydaje nam się słuszne i prawdziwe. Co nas fascynuje. Co ma niesamowity fundament, korzenie i jest wielką czystą studnią głębinową. Zaznaczam jednak, że jest to nasza interpretacja muzyki tradycyjnej lub też autorskie rzeczy, które w jakiś sposób nawiązują do estetyki muzyki folkowej, etnicznej. Muzyką tradycyjną zajmuję się od dawna, sporo nauczył mnie czas spędzony z zespołem Widymo (prawie 10 lat), żeński zespół śpiewający pieśni Karpat a capella, na głosy, ale z taką siłą i energią jakby orkiestra grała. Tradycyjne odtwarzanie, poszukiwania u źródeł. W pewnym momencie postanowiłam pójść bliską, ale mimo wszystko osobną drogą. Nieco przetwarzać, dodawać, odejmować, przekręcać, bawić się. Śpiewanie w zespole rządzi się swoimi prawami, podobnie jak w chórze. Jest się jednym ciałem, współbrzmieniem i to jest piękne. Ta harmonia, energia i porozumienie. W Trio mogę sobie jednak pozwolić na więcej, na wszystko to co w zespole nie wypada :)

wbieszczadach.net: Niedawno wydaliście swoją pierwszą płytę „Opowieści z Ziemi”. Dlaczego taki tytuł? Do czego nawiązuje?

Angela: Miałam taki czas w swoim życiu że sporo podróżowałam, chyba czegoś szukałam... Bacznie przyglądałam się różnym kulturom, widokom, zapachom, historiom. Nepal i jego zapierające dech Himalaje, słodko-kwaśne Indie, orientalne Maroko, rozśpiewane Bałkany i jeszcze kilka innych niezwykłych miejsc, ale ja sama jestem z Bieszczad, z Ustrzyk Dolnych, z pogranicza i to jest mi najbliższe, to mam we krwi. Są to zebrane, zasłyszane, ulubione melodie głównie z Karpat, muzyczne historie z tego regionu. Oraz nieśmiała próbka już autorskich rzeczy. Zainteresowanych odsyłam do płyty :)

20- DSC2411

wbieszczadach.net: Który utwór z płyty jest Wam najbardziej bliski i dlaczego?

Angela: Nie jestem chyba w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Jedno jest pewne, mam słabość do smutnych melodii i tematów o miłości oraz śmierci. Ale mówią, że tylko weseli ludzie są w stanie śpiewać smutne piosenki. Chyba coś w tym jest :)

wbieszczadach.net: Skąd czerpiecie inspiracje w tworzeniu tej niezwykłej muzyki?

Angela: Zewsząd. Uważnie słuchamy, rozglądamy się. Niektóre rzeczy już znamy i nie mogą się „odczepić”, wtedy bierzemy je na „warsztat”. Ostatnimi czasy pracujemy nad nowym autorskim repertuarem. To zupełnie inny rodzaj myślenia...

wbieszczadach.net: Czy na płycie znajdziemy pewne nawiązania do Bieszczadów? Jeśli tak, to jakie?

Angela: W naszej muzyce, interpretacjach nawiązujemy do natury. Wszelkie dzikie odgłosy mogą posłużyć na przykład do usłyszenia w nich bieszczadzkich gatunków zwierząt. Kto wie ;) Nawiązujemy do wolności, trochę jakby zazdroszcząc wiatrowi – o tym na przykład myślę i czuję, śpiewając Sansaragę (akurat autorski numer). Wiatr czasem spokojny, czasem szalony, niespodziewany, prześlizguje się pomiędzy skałami, piszczy. Są to nieoczywiste nawiązania do Bieszczad, nie w jasnym tekście, w którym np. mogłoby się po prostu pojawić jednoznaczne słowo – góra/Bieszczady/etc. Sporo śpiewam, używając wokaliz lub innych dźwięków bliżej nieokreślonych. Ale robię to z premedytacją i nadzieją, że każdy, słysząc coś takiego, może poczuć i zinterpretować to po swojemu. Zobaczyć swoją opowieść. Zresztą posłuchajcie np. Sansaragi, ciekawe co tam zobaczycie? (http://www.youtube.com/watch?v=Tk65Or4q9pc)

x1

wbieszczadach.net: Muzykę nagrywa się raczej w studio, ale Wy zrobiliście to w kościele w Mrzygłodzie. Jak wspominacie ten czas?

Angela: Zacytuję tu tekst z okładki płyty: Płyta, którą oddajemy w Wasze ręce, to efekt naszego spotkania, wielomiesięcznej pracy, a co więcej, spełnienie marzeń. Jest pełna zadziwień i niespodzianek, także dla nas samych. Choć brak jej studyjnej „sterylności” i technicznej doskonałości – wierzymy, że w nagraniu na tzw. „setkę” udało nam się zachować pewną prawdę współtworzenia.

Dodatkowo atmosfera i okoliczności w jakich nagrywaliśmy, czyli kościół w Mrzygłodzie, jestem pewna, że nadał innego, duchowego wymiaru i energii wykonaniom, których nigdy nie osiągnęlibyśmy nawet w najlepszym studio. A jest to dla mnie bardzo ważna sprawa. Dosłownie kilka nocy w kościele daje też do myślenia..., ale to już inne historie.

wbieszczadach.net: Czy pracujecie już nad kolejną płytą? Jaka ona będzie?

Angela: Powiem tylko, że pracujemy głównie nad autorskim repertuarem. Nie wiem, jaka będzie płyta, ale wiem, że na razie nie ma co gadać, a grać i pracować. Mam nadzieję, że kolejny wywiad będzie właśnie dotyczył drugiej płyty.

wbieszczadach.net: Czy macie też inne plany zawodowe?

Angela: Czasami pojawiają się takie myśli. Utrzymać się z muzyki niszowej w naszym kraju, to wielka sztuka. Jak niektórzy mówią, „sztuka z kultury wyżyć”. Jak na razie zajmujemy się tylko muzyką. Nie ukrywam, że mnie wciąż pociąga temat animacji kultury związany z galerią, którą prowadziłam – Bazar Sztuki. Ale to dlatego, że szczerze mnie to interesuje.

-1

wbieszczadach.net: Który Wasz koncert wspominacie najmilej?

Angela: Nie ma chyba takiego. Każde spotkanie, od publiczności po warunki techniczne, są bardzo różne. Ale często okazuje się, że te małe kameralne mają taki rodzaj energii, której nie da się uzyskać na większych scenach. Myślę też, że to kwestia naszej muzyki, która jest bardziej intymna, aniżeli ta przebojowa i wielkoformatowa.

wbieszczadach.net: Gdzie w najbliższym czasie będzie można Was usłyszeć na żywo?

Angela: Idealny moment, bo może uda się, że wywiad pojawi się tuż przed naszą trasą:

23.02 Tychy - Klub Gramoffon
26.02 Gryfino - Festiwal Podróżniczy Włóczykij
27.02 Szczecin - Klub Alter Ego
28.02 Berlin - Katulki z Bzem
01.03 Berlin - Oblomov Kreuzkoelln

wbieszczadach.net: Jak ludzie reagują na Waszą muzykę? Z jakimi opiniami się spotykacie?

Angela: Ciekawe jest to, że jeśli ktoś pojawi się na koncercie przypadkowo, zostaje... Rozmowy za kulisami zostawiam właśnie tam. Kto jest ciekaw niech po prostu przyjdzie na koncert i zbuduje swoje własne zdanie na ten temat.

-2

wbieszczadach.net: Co zmieniło się w Waszym życiu po wydaniu tej pierwszej płyty?

Angela: Na pewno wiek... ;) Są takie rzeczy, ale nie jestem jeszcze gotowa o tym mówić. Bardzo dziękuję za zainteresowanie się naszą muzyką i zespołem. Takie rzeczy dają nam nadzieję i motywację, że jesteśmy. Angela+Sasza+Ernest czyli Angela Gaber Trio. Ukłony.

Zainteresowanych, jakkolwiek poruszonych, zapraszamy na:

www.angelagaber.pl
www.facebook.com/AngelaGaberTrio
www.youtube.com/channel/UCZ73YD2j3yoUY-UTGOKfrXQ
www.soundcloud.com/angelagabertrio

wbieszczadach.net: A my bardzo dziękujemy za rozmowę. Od siebie tylko dodam, że słuchałam Waszych utworów i naprawdę bardzo mi się spodobały. Słychać, że muzyka była tworzona z pasją i determinacją. Na koniec życzę Wam kolejnych sukcesów w tworzeniu tak niezwykłej muzyki, a wszystkie zainteresowane osoby, zachęcam do zapoznania się z twórczością Angeli Gaber Trio. Na pewno się nie zawiedziecie.

DSCF7265

Zimowy sezon powoli mija, a my rozmawiamy tym razem z Grzegorzem Chudzikiem - Naczelnikiem Bieszczadzkiej Grupy GOPR o ratowniczych wyzwaniach, o ubiegłorocznych sukcesach i o satysfakcji płynącej z bycia ratownikiem górskim. Nie zabraknie też kilku ważnych rad dla turystów, którzy kochają góry.

Każdy z nas szuka swojej pasji w życiu, której mógłby poświęcić się bez reszty. Dwóch braci - Radek Kaźmierczak, profesjonalny fotograf mający na swoim koncie znaczące osiągnięcia i Mirek Kaźmierczak - student piątego roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, z powodzeniem dzielący swój czas na uczelni z zawodem fotografa freelancera, należą do tych osób, którym się to udało. Z zapałem uwieczniają na fotografiach piękno i urok Bieszczadów. Dzisiaj rozmawiamy z nimi o początkach ich przygody z fotografią, o stworzonym przez nich na facebooku fanpage'u "Bieszczady Photography", o marzeniach i górach, które tak kochają i do których wracają z sentymentem w swojej fotograficznej twórczości.

wbieszczadach.net: Jak rozpoczęła się Wasza przygoda z fotografią?

Radek Kaźmierczak: Zaczęło się od naszego taty, który od najmłodszych lat wpajał nam miłość i szacunek do przyrody, zabierał nas na wycieczki do lasu i opowiadał o tym, co napotykaliśmy. Czasem wręczał lupkę, przez którą podglądaliśmy małe owady a innym razem lornetkę... Obserwowaliśmy ptaki, podziwialiśmy widoki. Z biegiem lat zarówno tato jak i my z lupek i lornetek "przesiedliśmy się" na aparaty. I tak to trwa do dzisiaj.

Mirek Kaźmierczak: W moim przypadku intensywne zainteresowanie zbiegło się ze studiami. Po liceum długo nie mogłem się zdecydować, co chciałbym robić w życiu. Pomyślałem, że fotografowanie może być interesujące. Radek też mnie do tego namawiał. Teraz jestem na piątym roku dziennikarstwa (specjalizacja fotografia prasowa) na Uniwersytecie Warszawskim. To może wydać się śmieszne, ale przed studiami fotografia kompletnie mnie nie interesowała, teraz mnie pochłonęła. To dość banalne stwierdzenie, ale naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez robienia zdjęć.

Bieszczady foto 2 thumb medium480 320

wbieszczadach.net: Kto kogo zaraził tą pasją?

R.K.: Jeśli dobrze pamiętam, to ja jako pierwszy wyruszałem wczesnym rankiem na wschody słońca i uczyłem się fotografii w terenie. Bratu często opowiadałem o swoich poczynaniach fotograficznych i o małych wyprawach. On zawsze z uwagą i zaciekawieniem słuchał moich przeżyć. Kilka razy nawet zabrałem go ze sobą, chcąc go tym zarazić, jednocześnie sugerowałem, że kierunek studiów, który bierze pod uwagę, może być bardzo interesujący. Gdzieś właśnie od tego momentu zaczęła się nasza wspólna wędrówka po świecie przyrody, kadrów i zdjęć.

M.K.: Zgadza się.

Bieszczady foto 3 thumb medium479 318

wbieszczadach.net: Wasze ulubione tematy, które lubicie uwieczniać na zdjęciach to…

R.K.: Myślę, że jednogłośnie Bieszczady i niemal wszystko co z nimi związane. Nie znaczy to oczywiście, że ograniczamy się tylko do tego regionu Polski, jednak darzymy go szczególną miłością. Ja mieszkam 80 km od Bieszczadów, co daje mi nieco większe możliwości, brat ma trochę dalej. Swoje plany życiowe postanowiłem realizować na podstawie marzeń, które są mocno związane z tym, aby fotografia była moim jedynym zajęciem w życiu. Dodatkowo od dwu i pół roku uczę się fotografii typowo przyrodniczej, podglądając i uwieczniając dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Bieszczady mają pod tym względem ogromny potencjał, ale jednocześnie jest to potwornie trudny teren, pełen gęstych lasów, bujnych, trawiastych łąk, rzek wijących się pomiędzy szczytami, a to wszystko sprawia, że nie jest łatwo obserwować większy obszar, tylko trzeba skupić się na skrawku i liczyć, że akurat tu coś się wydarzy. Fotografia typowo przyrodnicza zakwitła we mnie dzięki naszemu tacie, który nie tylko zaraził mnie miłością do przyrody, ale także zainwestował w odpowiedni sprzęt do tego typu fotografii.

M.K.: Na pewno Bieszczady... to temat ciągle niezgłębiony. Chociaż krajobrazowo powstało mnóstwo zdjęć, to brakuje fotografii opowiadających o ludziach, którzy tu mieszkają, o klimacie tego miejsca, atmosferze, o życiu w Bieszczadach. Można znaleźć pojedyncze cykle o wypalaczach węgla, ale to kropla w morzu. Niestety w Bieszczadach jestem tylko od święta, bo od pięciu lat mieszkam w Warszawie. W mieście lubię włóczyć się z aparatem po ulicy, fotografować wszystko, co wydaje mi się ciekawe. Interesuje mnie szeroko pojęty, nazwijmy to, nurt fotografii dokumentalnej i reportażowej.

Bieszczady foto 4 thumb medium479 306

wbieszczadach.net: Jak to było z tym fanpagem? Kto wpadł na jego pomysł?

M.K.: Twórcą fanpage'a byłem ja, ale wspólnie go dopracowywaliśmy. Któregoś dnia wpadłem na pomysł, że założę profil, który będzie skupiał miłośników naszego ulubionego bieszczadzkiego szczytu, czyli Połoniny Caryńskiej. Wielka fascynacja tą górą zaczęła się w lipcu 2010 roku, kiedy trafiliśmy na fantastyczne warunki. Każde wykonane wtedy zdjęcie było wyjątkowe. W maju 2011 roku założyłem profil „Połonina Caryńska”, jednak przez rok nic się na nim nie działo, tzn. my nic z tym nie robiliśmy. Gdzieś w czerwcu 2012 roku pomyślałem, że nie warto ograniczać się tylko do jednego szczytu i zmieniłem nazwę na „Bieszczady Photography” z myślą o prezentowaniu naszych bieszczadzkich fotografii, które wcześniej wędrowały „do szuflady”.

wbieszczadach.net: Na Waszym fanpage'u przeprowadziliście akcję „Pokaż swoje bieszczadzkie zdjęcie”. Spotkaliście się z dużym zainteresowaniem?

M.K.: Zainteresowanie było spore. Otrzymaliśmy ponad 150 zdjęć od 53 autorów, nawet po zakończeniu akcji otrzymywaliśmy zgłoszenia. Pomysł był dość spontaniczny, a czas na nadesłanie zdjęć ograniczony do zaledwie kilku dni, więc tym bardziej nas cieszy to, że tyle zgłoszeń dotarło.

wbieszczadach.net: Które z nich najbardziej Was zachwyciło?

M.K.: W sumie wybraliśmy 7 fotografii, które publikowaliśmy przez tydzień. Jeśli miałbym wskazywać, to dla mnie wyjątkowym zdjęciem jest fotografia Łukasza Rogowskiego, który uchwycił niepowtarzalny klimat Bieszczadów, a także fotografia Macieja Skuzy przedstawiającego słynnego jelenia Filipa na tle szczytów Połoniny Wetlińskiej. Było mnóstwo fantastycznych zdjęć, dlatego w ramach wdzięczności opublikowaliśmy wszystkie nadesłane fotografie.

R.K: Zgodzę się z bratem, ale wspomnę jeszcze o zdjęciu Krystyny Jaworskiej, które urzekło mnie ciekawą kompozycją, światłem i barwą.

Bieszczady foto 6 thumb medium479 318

wbieszczadach.net: Jest szansa na powtórzenie tej akcji?

M.K.: Jak najbardziej! Fajnie byłoby zorganizować tym razem jakiś konkurs z nagrodami, ale do tego potrzebowalibyśmy sponsorów. Wszystko więc przed nami.

wbieszczadach.net: Co Bieszczady mają takiego w sobie, że lubicie fotografować te góry?

R.K.: Myślę, że Bieszczady to skarbnica kadrów, każda nasza wspólna wyprawa owocuje w nowe pomysły i mimo, że bywamy po kilkadziesiąt razy w tym samym miejscu, to za każdym razem spoglądamy na nie inaczej. Bieszczady to miejsce, gdzie bardzo wyraźnie odczuwa się zmianę pór roku. Wiosna przynosi niebywałe okazy roślin, z których spora liczba jest endemitami, połoniny pokrywają się soczystą zielenią, w dolinach słychać, jak przyroda budzi się do życia. Lato przynosi upalne dni, które często kończą się burzami, a te choć niebezpieczne, zawsze dostarczają niebywałych doznań wizualnych. Chyba każdy zgodzi się, że takiej jesieni jak w Bieszczadach, to nie ma nigdzie. Wszystko nabiera złotorudych kolorów, a poranne przymrozki podkreślają sytość tych barw. No i zima, surowa, bezwzględna i niebezpieczna, cisza na szlakach..., w dolinach tylko huczy wiatr, a na szczytach połonin piękne śniegowe rzeźby. To wszystko trzeba zobaczyć na własne oczy i na własnej skórze poczuć każdą z pór roku.

M.K.: Ciężko w kilku zdaniach powiedzieć, za co się lubi te góry. Dla mnie są one jedyne w swoim rodzaju, niezwykłe, niepowtarzalne. Lubię je za połoniny, za świeżość powietrza, za nieprzewidywalność, ale z drugiej strony pewną łagodność i spokój ducha, który tam odnajduję. Lubię je za to, że telefon gubi tam zasięg i za to, że poza sezonem, bywa kompletnie pusto. Nic. Tylko przestrzeń.

Bieszczady foto 7 thumb medium480 320

wbieszczadach.net: Jakie kadry preferujecie i dlaczego te, a nie inne?

R.K.: Trudno określić, chyba raczej nie mam jednoznacznych poglądów w tej kwestii. Staram się pokazać pewną harmonię, ład a jednocześnie kunszt matki natury. Często eksperymentuję, szukam niepowtarzalnych kadrów, nie zawsze to wychodzi, jednak próbować zawsze trzeba.

M.K.: Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Lubię takie zdjęcia, które wywołują we mnie emocje. Jeśli chodzi o zdjęcia reportażowe, to przede wszystkim przekaz, pewna intymność, relacje. W krajobrazie liczy się klimat.

wbieszczadach.net: Czy w czasie wypraw zdarzają się nieprzewidziane sytuacje?

R.K.: Poza pogodą, która potrafi nieraz zagrać nam porządnie na nosie, to raczej bywa bezpiecznie. Staramy się zawsze trzymać razem (razem wychodzimy, razem schodzimy). Czasem w zimie, gdy jest mocny mróz, to sprzęt potrafi odmówić posłuszeństwa, ale na ogół bywa bezpiecznie.

M.K.: Jak wędrujemy w nocy, to nieprzewidziane sytuacje dzieją się w naszych głowach (śmiech). Niestety mamy tendencje do gubienia akcesoriów. Bieszczady pochłonęły już filtr UV, uchwyt do szarych połówek, szarą połówkę, i jeszcze kilka innych drobnych rzeczy. Pozdrawiamy też pracowników straży granicznej, którzy zawsze sumiennie nas legitymują :)

    

Bieszczady foto 8 thumb medium479 319

wbieszczadach.net: Do których miejsc w Bieszczadach lubicie wracać?

R.K.: Myślę, że w moim przypadku jest tych miejsc kilka. Z pewnością Połonina Caryńska, a

ostatnimi czasy także Bukowe Berdo, gdzie kilka tygodni temu na grani spotkałem niedźwiedzia. Duży sentyment mam do rezerwatu Tworylne, gdzie spędziłem noc pod gołym niebem w towarzystwie ryczących jeleni.

M.K.: Z tymi miejscami to jest tak, że chce się wracać tam, gdzie się najdłużej nie było. Teraz najbardziej chciałbym uderzyć na Rozsypaniec, Halicz lub Krzemień, ewentualnie Wielka Rawka.

wbieszczadach.net: Czym zajmujecie się na co dzień?

R.K.: Na co dzień zajmuję się fotografią, jednak z uwagi na trud fotografii krajobrazowej i przyrodniczej, nierzadko oddaję się fotografii komercyjnej, która przynosi pewniejsze zyski.

M.K.: Ja zajmuję się studiami, a teraz to już właściwie pisaniem pracy magisterskiej oraz pracą zawodową. Jestem freelancerem i wykonuję bardzo różne zlecenia fotograficzne, m.in. dokumentuję budowę centralnego odcinka II linii metra w Warszawie.

wbieszczadach.net: Z którego osiągnięcia związanego z fotografią jesteście najbardziej dumni?

M.K.: No to teraz trochę autopromocji :).Jeśli chodzi o krajobraz to na pewno III miejsce i brązowy medal w międzynarodowym konkursie fotograficznym „Krajobraz Górski” im. Jana Sunderlanda, a także nagrody w konkursie „Różnorodność biologiczna i krajobrazowa Bieszczadzkiego Parku Narodowego i otuliny” organizowanym przez dyrekcję BdPN. W kwestiach reportażu/dokumentu najbardziej cenną nagrodą jest dla mnie Grand Prix biennale fotografii „Kochać człowieka” oraz udział w IV Międzynarodowym Konkursie Fotografii Młodych w Jarosławiu.

R.K.: Moim największym sukcesem jest zdobycie I nagrody na V Międzynarodowym Festiwalu Fotografii Przyrodniczej „SZTUKA NATURY” 2012 za zdjęcie samotnego żubra. Na tym samym festiwalu otrzymałem też wyróżnienie. Dużą radość przyniosła mi III nagroda na ogólnopolskim konkursie „Leśne fotografie” organizowanego przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie. Mam też na swoim koncie I nagrodę w konkursie „Cztery Pory Roku – Zima” organizowanym przez Towarzystwo Fotografii Przyrodniczej. Kilka moich prac trafiło też na wystawę konkursu im. Jana Sunderlanda „Krajobraz Górski”.

Bieszczady foto 9 thumb medium479 318

wbieszczadach.net: Jakie są Wasze najbliższe plany zawodowe?

R.K.: Z pewnością fotografia jest priorytetem i to na niej skupiam się najmocniej, robię wszystko, aby stała się moim jedynym zajęciem i źródłem utrzymania.

M.K.: Konkretnych planów nie ma, ale zdecydowanie fotografia. Chciałbym zaszyć się przynajmniej na kilka tygodni w Bieszczadach, odciąć się całkowicie. Skupić się tylko na zdjęciach, spróbować opowiedzieć niezwykłą historię o tych górach. Obecnie przygotowujemy także naszą pierwszą autorską wystawę. Wernisaż odbędzie się w sierpniu w Gęsim Zakręcie, za Ustrzykami Dolnymi. Tutaj chciałbym podziękować Pawłowi z Gęsiego, który zaproponował zorganizowanie takiej wystawy u siebie. Informacje na bieżąco będziemy publikować na naszym profilu.

wbieszczadach.net: Jakie cechy należy posiadać, żeby robić dobre zdjęcia?

R.K.: Pokora, myślę, że to jedna z najważniejszych cech, jaką trzeba posiadać i trzeba się jej ciągle uczyć, mając tę cechę można być wielkim fotografem.

M.K.: Ciężko powiedzieć. Na pewno przyda się sprawne oko, a przede wszystkim sporo determinacji!

wbieszczadach.net: Wasze najskrytsze marzenia związane z fotografią to…

M.K.: Chciałbym, aby zawsze sprawiała mi taką frajdę jak teraz, a jak przy okazji ktoś to doceni... radość będzie jeszcze większa. Moim bieszczadzkim marzeniem (myślę, że Radka też), jest wydanie wspólnego albumu.

R.K.: Dokładnie tak, album autorski o Bieszczadach to największe z naszych marzeń, ale chciałbym jeszcze dodać, że niesamowitą frajdą byłoby wykonanie zdjęć lotniczych. Czas pokaże.

Bieszczady foto 10 thumb medium479 317

wbieszczadach.net: A nam pozostaje czekać na Wasz wernisaż. Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy kolejnych sukcesów, wyzwań zawodowych, które warto podejmować oraz marzeń, które warto spełniać.

Pogoda Cisna z serwisu

Najbliższe wydarzenia

Brak wydarzeń

Facebook

Nasz kanał YouTube

Artykuły

Atrakcje w Bieszczadach

Ciekawe miejsca w Bieszczadach

Cerkwie, koscioły i cmentarze w Bieszczadach

Szlaki turystyczne w Bieszczadach

Szlaki rowerowe w Bieszczadach

Trasy samochodowe w Bieszczadach

Zabytki w Bieszczadach

Fauna bieszczadów

Flora bieszczadów

Ciekawostki

Ciekawi ludzie w Bieszczadach

 

Kontakt

Bieszczadzki Portal Turystyczny wbieszczadach.net Redaktor Naczelny Piotr Kutiak 663 740 066
 Potrzebujesz reklamy? ZADZWOŃ502 920 384